Dziewczyna przez chwilę patrzyła podejrzliwie na mężczyznę, by po chwili lekko się uśmiechnąć.
- Miło mi. Hermiona Granger – wymamrotała zdając sobie sprawę, jaką scenkę zrobiła na samym początku. Niezły wstęp uśmiechnęła się sama do siebie, na co Jason odpowiedział zniewalającym uśmiechem, przy okazji ukazując rząd równych, białych zębów.
- Od teraz Hermiono, nie będziesz pracowała w Ministerstwie Magii, tylko u Jasona. Oboje sądzimy – tu wymownie spojrzał się na bruneta – że ewidentnie nadajesz się do pomocy w szukaniu i łapaniu śmierciożerców…
- Śmierciożerców? – Powtórzyła bezgłośnie, a jej oczy znacznie się powiększyły.
Szukanie i łapanie służących Lorda Voldemorta?
Czy tego oczekiwała od życia?
Nie.
Oczekiwała o wiele więcej, jednak nie było jej to dane. Jej Anioł Stróż poprowadził ją w to całe bagno. Nadaje się do tej pracy? Zawsze była spokojną, ułożoną kobietą, a teraz? Wykonywała co do niej należało; zobojętniała, martwa marionetka.
- Jaka jest Twoja decyzja?
- Oczywiście, że chcę pomagać w chwytaniu tych grzeszników – odparła chłodno patrząc w stronę mężczyzn.
Lepsze to niż bezczynne siedzenie przy biurku i dzielenie pokoju z tym starym, zboczonym facetem – odparło sumienie z nutką ironii.
Zrozumiała, że czekała na taką chwilę jak ta, by w końcu poczuć się potrzebna, jak za dawnych czasów.
Widzisz Aniele? Można żyć bez Twej pomocy.
- To fantastycznie, gdyż mamy pierwszą sprawę. Kiedy mogłabyś zacząć? – Brunet szarmancko się uśmiechnął i oparł rękoma o blat tak, jakby szefa Miony w ogóle tu nie było.
Co ją tu trzyma? No powiedz co?
Nic, mój drogi.
Pannę Hermionę Granger nie obchodzi ta praca, to puste mieszkanie, to puste życie. Więc na co czekać? Nic gorszego nie może jej spotkać.
- Od teraz Panie Wilder. Choćby od zaraz – mruknęła pogrążona w swoich własnych myślach.
Aniele, już nigdy w niczym mi nie pomożesz.
Wybieram się w takie miejsce, gdzie demony będą mymi pobratymcami.
Żegnaj, mój Aniele. Pomóż komuś innemu, bo ja już jestem stracona.
Żegnaj.
Nie, proszę.
Nie zawracaj.
Uciekaj.
Zostaw tę ogromną, przytłaczającą nicość i uciekaj.
Jak najdalej możesz.
Proszę Cię, pospiesz się.
Przecież nie chcesz, żeby Ciebie znaleźli, prawda?
Tylko Ty mi zostałaś...
Ciemność panowała dokoła.
Słychać było tylko ciche dyszenie, które co pewien czas milkło. Z hukiem otworzyły się drewniane drzwi, a w nich ukazała się wysoka, czarna postać w kapturze. W tym samym momencie zapanowała głucha cisza. Nikłe promienie słońca dostały się do pomieszczenia, jednak nawet one nie były w stanie pokazać nieznajomemu całego pomieszczenia.
Myślała, że się ukryje… Przecież nie zrobiła nic złego! Usiadła w kącie pod ścianą myśląc, że nikt jej tu nie znajdzie. Drżącymi dłońmi przyciągnęła do siebie nogi i starała się opanować swój nerwowy oddech. Jednak słyszała to. Ciche kroki przemierzały ten przeklęty pokój. Chciała znaleźć się w swoim domu. W kuchni, gdzie jej mama piekła ciasto, gdzie jej tata siedząc przy stole czytał gazetę, a najciekawsze nagłówki czytał na głos. Gdzie jej młodsza siostra zbiegała po schodach, stawała przed nią i mówiła ,,Melanie, popatrz!”
- No popatrz. Tutaj się schowałaś – męski, chłodny głos sprawił, że powróciła na ziemię, a przez jej drobne ciało przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Jej rodzice, Natalie… Wszyscy leżeli na podłodze. W kuchni. Nie… To nie byli oni. To były martwe ciała...
- Co zrobiłeś Natalie? – Jej spierzchnięte wargi poruszyły się, wydając cichy szept.
- Och, proszę Cię. Jesteś bardzo zabawna – w odpowiedzi usłyszała śmiech. – Na świecie istnieją osoby czystokrwiste, oraz te brudne, które wymagają tępienia – zaczął spokojnym tonem i ukucnął przed nią, by przyjrzeć się jej przestraszonej, delikatnej twarzy. – A Ty należysz do drugiej grupy – uśmiechnął się ironicznie, a jego oczy groźnie błysnęły, kiedy spojrzał na jej trzęsące się ciało. Nie mówiąc nic więcej wstał i odwrócił się do niej plecami, tak jakby zamierzał wyjść. Dziewczyna podniosła głowę i wzrokiem pełnym nadziei spojrzała na ciemną sylwetkę mężczyzny. Zauważyła jak wyciągnął coś spod płaszcza i szepnął w jej stronę. Zielone światło. Usłyszała okropny, przenikliwy krzyk. Jej ciało zwinęło się natychmiast w kłębek.
To był jej krzyk.
Chaos opanował jej mózg. Wszystkie nerwy. Nie była w stanie o niczym myśleć.
A może jednak?
Czy śmierć nie ukoiłaby tego wszystkiego?
I wtedy się zjawiła. Wyciągnęła do niej rękę, tak jakby chciała jej powiedzieć ,,nie bój się. Chodź ze mną”. Tak, jakby chciała pomóc jej wstać.
- Natalie… - Wyszeptała i jej ciało znieruchomiało. Wyciągnęła rękę i z pomocą wstała. Nie, nic ją nie bolało. Czuła się bezpiecznie.
Mężczyzna schował różdżkę do kieszeni i poprawił płaszcz. Nawet nie liczył ile zrobił takich zleceń. Czy to ważne? Dla niego nic nie było ważne. Nic. Jedyne co mu pozostało to oczyszczać świat z tych plugawych istot. Arogancki i chłodny śmierciożerca. Nic nowego. Westchnął cicho i opuścił pomieszczenie, zostawiając w ciemnościach kolejne martwe ciało…
Pokaż mi jak to wreszcie się skończy,
Pokaż mi jak bezbronna jesteś,
Jesteś taka zimna, ale czujesz się żywa.
Połóż swoją dłoń na mojej, ostatni raz. *
* - Breaking Benjamin – So cold
Malin
Nastrój:

. . .
tagi: