Czy słyszał jej bicie serca, które z każdą sekundą uciszało się pod osłoną kolejnego zaczerpniętego powietrza w jej słabych już płucach? Mógł chociaż udawać przez chwilę, iż nie jest obojętny. Że widzi to, czuje choć krztę współczucia dla dziewczyny przed nim, która powoli umierała. Udawał, że jej nie widzi. Że to wszystko to było tylko jej chore marzenie. Przecież nie istnieje coś takiego jak miłość. Prawda? Przecież dookoła panuje tylko ciemność, ból, smutek, rozgoryczenie i żal. Czemu mnie oszukałeś? Czemu wmawiałeś mi, że to cudowne, wyimaginowane uczucie istnieje? Teraz wszystko się ułoży, mamy przecież siebie. Czemu kłamałeś? Nie zważał na to, że jej serce rozszarpywane jest przez wyrzuty. Jego chłodne, szare oczy zabrały dziewczynie pasję, radość i nadzieję. Teraz leżała przed nim, z szeroko otwartymi oczami. Jej spierzchnięte usta powoli, niemo wymawiały jego imię. Kiedy głuche uszy usłyszały kroki i trzask zamykanych drzwi, jej głowa opadła bez sił na bok. Policzek dotknął nienaturalnie zimnej podłogi a pierś po raz ostatni zaczerpnęła powietrza.
Umarła.
- Panno Granger, mnie się jednak wydaje, że te papiery winny znajdować się półkę wyżej. – Grubszy mężczyzna gdzieś po czterdziestce postukał palcem w jedną z drewnianych półek i znacząco spojrzał się na kobietę, która siedziała za biurkiem i udając, że go nie słyszy pogrążona była w lekturze.
- Panno Granger… - Mruknął zniecierpliwiony.
- Dobrze! – Mężczyzna aż podskoczył I przestraszony spojrzał się na szatynkę, która nawet teraz kiedy była zła wyglądała przepięknie. – Czy nie ma pan co robić panie Turman?! – Odłożyła książkę i pospiesznie wyrwała mu arkusz papierów, by chwilę potem huknęły na biurku. – Zmienia je pan dzisiaj już szósty raz! Rozumiem, że szef jest pana kuzynem, ale bez przesady! Mógłby pan ruszyć swój tłusty tyłek i zająć się pracą, a nie krążyć ciągle wokół mnie i wymyślać jakieś preteksty, bym z panem choć chwilę porozmawiała! – Jej policzki groźnie się zaróżowiły. Nie panowała nad słowami, które wypłynęły z jej ust, nadmiar tego zerwała się ponownie z krzesła, chwyciła swoją książkę i wyszła z pokoju, głośno trzaskając drzwiami.
Mężczyzna wziął plik papierów i niedbale rzucił je na pierwszą lepszą półkę, głośno wzdychając.
Stukot obcasów wypełnił niemalże pusty korytarz. Kilka osób zwróciło uwagę na szczupłą, nie za niską kobietę, która nie ukrywając swego niecodziennego nastroju zmierzała do gabinetu szefa. Nawet nie pukając weszła do środka i w tej samej sekundzie powiedziała wszystko to, co tłumiło się w niej od kilku tygodni.
- Mam go dosyć! Ciągle tylko się we mnie wpatruje. Jeśli ma jakiś problem, to niech sobie powiesi moje zdjęcie nad biurkiem. Nie mam zamiaru robić za niego tej roboty, kiedy on przez kilka bitych godzin się ślini! – Odparła na jednym wydechu, a spokój wymalowany na twarzy szefa wywołał u niej pewnego rodzaju odrętwienie. Trzydziestotrzyletni szatyn o imieniu Martin oparł łokcie o blat stołu i splótł palce. Podniósł wzrok i spoglądając na Hermionę uśmiechnął się tak, jakby zaistniała sytuacja nie miała miejsca.
- Właśnie rozmawialiśmy o Tobie, Hermiono – odezwał się dość niskim, zachrypniętym głosem.
Dziewczyna spojrzała się na niego swoimi orzechowymi oczami i pobladła. – Jak to rozmawialiśmy? O mnie? – Jej wargi nieznacznie drgnęły.
- Pozwól, że przedstawię Ci Jasona – wskazał brodą na coś, za plecami Hermiony. Kiedy ta się odwróciła ujrzała siedzącego mężczyznę w fotelu, który natychmiast się podniósł i podszedł do zaskoczonej dziewczyny. Był dość wysoki i szczupły, barczysty. Ubrany w czarne spodnie i białą koszulę. Miał nie za duży nos, wąskie usta blisko osadzone oczy, które kolorem przypominały jego ciemne, potargane włosy. Wyglądał jak nieziemsko przystojny posłaniec diabła, który znajdował się w ciele dwudziestokilkuletniego mężczyzny. Na pewno rozkochiwał w sobie wartościowe dziewczyny, a potem zostawiał je ze zranionym sercem. Tak! Właśnie na takiego wyglądał! Dziewczyna zmarszczyła brwi. Przypominał jej takiego jednego z Hogwartu. Prawdę mówiąc to z sylwetki by pasował, ale te ciemne włosy i takie same oczy. Brakowało mu tylko jednego…
- Witam. Jestem Jason Wilder. Wygląda na to, że od tej pory będziemy ze sobą współpracować – mruknął barytonem, a na jego opalonej twarzy zagościł szarmancki uśmiech.
Tak. Przypominał jej chłopaka z Hogwartu. Od tej pory była pewna, że nie raz zatęskni za dawnymi czasami. To spojrzenie i uśmiech… Na pewno będzie jej się śnił po nocach.
Wyobraź sobie parę staruszków którzy pomimo wieku darzą się wciąż tym samym uczuciem. Aż do śmierci.
- Chciałbyś umrzeć z miłości?
Powracam, tyle, że sama.
Niestety.
Czuję, jakbym po raz pierwszy cokolwiek pisała. Zapewne schrzanię drugą część opowiadania, ale trening czyni mistrza, prawda?
Na pewno za którymś razem wezmę się w garść i napiszę coś, co mi się spodoba. Bynajmniej taką mam nadzieję...
Malin
Nastrój:

` Show me how defenseless you really are.
tagi: